wtorek, 29 czerwca 2021

Szczepienie warunkiem powrotu do pracy stacjonarnej?


Pracodawcy chcą zmian w prawie, aby mieć dostęp do informacji o szczepieniach swoich pracowników.


Szczepienie warunkiem powrotu do pracy stacjonarnej? Fot.: iStock

Z najnowszego raportu, dotyczącego powrotu do miejsc pracy po najgorszym okresie pandemii, wynika, że 77 proc. zapytanych o zdanie firm, chce funkcjonować w systemie hybrydowym. Jak wskazuje autor badania, firma doradcza Colliers,  już teraz 60 proc. firm pracuje w trybie zdalnym, a 34 proc. w trybie hybrydowym. Pracodawcy najczęściej deklarowali chęć utrzymania pracy zdalnej w zakresie 2 lub 3 dni w tygodniu, a w pozostałe pracownicy przychodziliby do biur.

Tyle że są takie zawody i takie zadania, których zdalnie wykonać nie można. To np. cała branża produkcyjna, transportowa, turystyka czy gastronomia. Dlatego, jak donosi „Rzeczpospolita”, pracodawcy chcą wiedzieć, który z ich podwładnych jest już zaszczepiony i może pracować, nie narażając na zakażenie koronawirusem siebie i innych. Chcą mieć dostęp do informacji o szczepieniach. Teraz nie ma takich możliwości.

„Dostęp do informacji o szczepieniu to jeden z najczęściej powtarzających się w ostatnich dniach postulatów płynących od przedsiębiorców.” – przyznaje Robert Lisicki z Konfederacji Lewiatan i dodaje, że to bardzo ważne przed spodziewaną czwartą falą pandemii.

Ministerstwo Zdrowia odpowiada, że uzyskanie takich informacji przez pracodawcę jest możliwe tylko za zgodą samego pracownika. W takiej sytuacji pracodawcy chcą stworzenia prawnego mechanizmu, który pozwoli im weryfikować dane o szczepieniach, ich braku lub o ozdrowieniu pracowników.

News4Media

 

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Cofnięcie finansowania dla przychodni - minister postraszył lekarzy i pacjentów


Wydawało się, że lada dzień wielu pacjentów nie będzie mogło bezpłatnie udać się do swojego lekarza. To miała być kara dla przychodni za nadużywanie teleporad. Jak sytuacja wygląda dziś? 


Cofnięcie finansowania dla przychodni - minister postraszył lekarzy i pacjentów. Fot.: iStock

„Skala nadużywania teleporad jest na tyle wysoka, że problem wymaga działań.” – ogłosił niedawno minister zdrowia, Adam Niedzielski i zagroził, że każda przychodnia, która nagminnie nie przyjmuje pacjentów, a kontaktuje się z nimi wyłącznie telefonicznie, nie będzie miała przedłużonego kontraktu z NFZ. „Są takie poradnie, gdzie teleporady niemal wyparły konsultacje w tradycyjnej, bezpośredniej formie.” – przyznał szef resortu, a granicą decydującą o pieniądzach miało być 90 proc. teleporad wśród wszystkich udzielonych świadczeń.

NFZ już nawet opublikował listę kilkudziesięciu placówek, które od 1 lipca miały stracić kontrakt. To np. NZOZ Praktyka Lekarza Rodzinnego Jadwiga Hryniewiecka-Ropij w Obornikach Śląskich. Na liście jest także NZOS Praktyka Lekarza Rodzinnego Agata Wrońska-Kocąb w Kłodzku czy NZOZ "Praktyka Lekarza Rodzinnego" – Konrad Włodarczyk w Ciechocinku.

Nagła zmiana

Tymczasem Dominik Lewandowski, prezes Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce, poinformował na Twitterze, że Federacja Związków Pracodawców Ochrony Zdrowia "Porozumienie Zielonogórskie" zawarła porozumienie z Narodowym Funduszem Zdrowia w sprawie wydłużenia kontraktów na udzielanie świadczeń przychodniom.

„W dniu wczorajszym doszło do porozumienia pomiędzy NFZ a Porozumieniem Zielonogórskim. Umowy w POZ będą podpisane. To świetna wiadomość przede wszystkim dla pacjentów, którzy pozostaną pod opieką lekarza, którego wybrali.” – napisał dziś Lewandowski.

Będą premie

Jednocześnie NFZ poinformował, że placówki, które mocno ograniczą liczbę teleporad otrzymają więcej pieniędzy. Jeżeli lekarz z przychodni zrealizuje mniej niż 25 proc. zdalnych wizyt, to stawka wzrośnie ze 171 do 179,55 zł. „Natomiast jeśli ten udział przekroczy 75 proc. wtedy stawka kapitacyjna wyniesie 153,90 zł.” – ostrzega fundusz.

Od września ten system ma być jeszcze bardziej rozbudowany i miesięczne dane będą porównywane do mediany ogólnopolskiej. Jeżeli jakaś przychodnia przekroczy ją 1,5-krotnie, to otrzyma niższe wynagrodzenie. 

News4Media

 

 

Zbliża się ważny termin programu 500 plus. Można wiele stracić

 

Dla beneficjentów programu „Rodzina 500 plus” zbliża się bardzo ważny termin. Rodzice, którzy chcą zachować ciągłość w wypłacie świadczenia, muszą złożyć wniosek. Inaczej na konto wpłynie mniejsza kwota. 

 

500 plus, fot.: iStock


Decyzje straciły moc

Poprzednie decyzje o przyznaniu 500 plus obowiązywały do końca maja 2021 r. Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej, od czerwca wypłaty realizowane są na podstawie nowych wniosków. Będą wypłacane wyrównania, ale tylko do miesiąca, w którym został złożony uprawniający dokumenty. W praktyce oznacza to, że jeśli złożymy wniosek w czerwcu, państwo przeleje pieniądze z opóźnieniem, ale zostanie zachowana ciągłość. Jeśli spóźnimy się o jeden dzień i zawnioskujemy o świadczenie w lipcu, wypłaty za czerwiec nie otrzymamy.

Trzy miesiące na rozpatrzenie

Im później zawnioskujesz o 500 plus, tym więcej stracisz. Musisz pamiętać również, że decyzja nie zostanie wydana od razu. Ustawa przewiduje, że pismo rozpatrzone będzie w ciągu trzech miesięcy od momentu złożenia. Najłatwiej zrozumieć aktualne zasady na poniższych przykładach:

- Jeśli złożysz wniosek do 30 czerwca, urząd rozpatrzy go maksymalnie do 30 września i wypłaci wyrównanie za wszystkie miesiące, włącznie z tym, w którym pismo zostało złożone;
- Jeżeli wystąpisz o świadczenie w lipcu, decyzja będzie wydana maksymalnie w październiku. Nie otrzymasz wówczas wypłaty za czerwiec, jednak państwo przeleje też zaległe pieniądze za lipiec, sierpień i wrzesień;
- Składając dokumenty w sierpniu, zrezygnujesz z wypłaty czerwcowej i lipcowej, a wyrównanie za kolejne miesiące otrzymasz w listopadzie itd.

Komu przysługuje świadczenie?

„Rodzina 500 plus” to program, który obowiązuje w Polsce od 2016 r. Pierwotnie świadczenie przysługiwało na drugie i każde kolejne dziecko w gospodarstwie domowym. Od lipca 2019 r. wsparcie przysługuje już od pierwszego dziecka. Nie obowiązują żadne kryteria dochodowe, dlatego każdy poprawnie złożony wniosek otrzymuje decyzję pozytywną. Wyjątkiem są sytuacje, w których rodzice pobierają podobne świadczenie poza granicami państwa, dziecko pozostaje w związku małżeńskim (w Polsce niepełnoletnie kobiety powyżej 16 r.ż. mogą, za zgodą sądu, zawrzeć związek małżeński; mężczyźni muszą ukończyć 18 r.ż.) lub ma własne dzieci, które są beneficjentami programu.

Jak złożyć wniosek?

Można zrobić to za pomocą platformy elektronicznej empatia.mrpips.gov.pl lub Platformy Usług Elektronicznych ZUS, do których dostęp otrzymasz logując się m.in. Profilem Zaufanym. Taką możliwość dają również niektóre konta w bankowości elektronicznej. Sprawę załatwisz również podczas osobistej wizyty w urzędzie. Dokumenty możesz przesłać też tradycyjną pocztą.

News4Media

 

 

środa, 9 czerwca 2021

Powrót z pracy zdalnej do pracy w biurze - czy terapia szokowa to dobre rozwiązanie?

 

Po roku pracy zdalnej Polacy tak się do niej przyzwyczaili, że nie chcą wracać do biur. Pracodawcy zastanawiają się jak to zmienić...

 


 

Dużym wyzwaniem dla zarządzających zespołami w ubiegłym roku było wprowadzenie pracy zdalnej. Obecnie liderzy stoją przed kolejnym wyzwaniem – jak zachęcić pracowników do powrotu do biur.

Praca zdalna ma dla pracowników wiele zalet, które ciężko będzie porzucić. 76% z nich wskazuje, że jej główną korzyścią jest oszczędność czasu, 60% docenia możliwość zmniejszenia wydatków, a 46% twierdzi, że ma więcej czasu dla bliskich – podają Pracodawcy RP w księdze rekomendacji i analiz „Praca zdalna 2.0 Rozwiązanie na czas pandemii czy trwała zmiana?”.

Nie tak łatwo zmienić przyzwyczajenia

"Dobry lider prowadzący swój zespół musi wykazywać się dużą empatią w tym szczególnym czasie. Nie ma jednego przepisu na powrót do trybu pracy sprzed pandemii, wszystko zależy od poszczególnych warunków danej organizacji. Zmiany wprowadzane na siłę, z pozycji przełożonego, nie przyniosą dobrych rezultatów, dlatego konieczna jest odpowiednia postawa osób odpowiedzialnych za pracę zespołów" – mówi Piotr Gąsiorowski, prezes Instytutu Przywództwa.

W wyrazie "przyzwyczajenie" duży wydźwięk ma końcówka NIE, która neguje to co nowe, inne od tego, co jest naszym stanem obecnym. Średni czas, który potrzebujemy do zmiany przyzwyczajenia wynosi 66 dni. Jest on jednak bardzo różny dla poszczególnych osób, wynosząc od 18 do 254 dni – podał w 2009 roku „European Journal of Social Psychology”.

Pracownicy boją się o swoje zdrowie

37% osób pracujących w biurze obawia się o zdrowie, a co trzeci uważa, że mało kto stosuje się do procedur bezpieczeństwa – podaje kwietniowy raport „Rok nowej normalności” Pracuj .pl. 

"Najlepsze procedury bezpieczeństwa nic nie dadzą, jeżeli nie będą egzekwowane. Oprócz płynów do dezynfekcji, wietrzenia pomieszczeń i innych procedur należy też zadbać o bezpieczeństwo psychiczne pracowników" – dodaje Piotr Gąsiorowski.

W 2020 roku nastąpił wzrost liczby świadczeń lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych aż o 25 procent w stosunku do 2019 roku – podała w kwietniu br. prezes ZUS. Łączna liczba dni absencji chorobowej z powodu zaburzeń psychicznych wyniosła 27,7 mln dni.

"Każdy dzień absencji pracownika to straty także dla firm, które mogą być liczone w tysiącach złotych. Aby temu zapobiec, niepotrzebne są wielkie nakłady finansowo-organizacyjne, wystarczy zainteresowanie się losem pracownika, jego sytuacją i stanem psychicznym. Rozmowa, podniesienie na duchu czy słowa zrozumienia mogą lepiej pomóc psychice, aniżeli najlepsze procedury bezpieczeństwa" – tłumaczy Piotr Gąsiorowski. – "Ponad połowa firm wskazuje, że ma problem ze znalezieniem pracowników o odpowiednich kwalifikacjach. Jeżeli więc nie zadba się o najcenniejsze zasoby firmy, może dojść do sytuacji, że firma nie będzie w stanie realizować swoich zadań" – dodaje Gąsiorowski.

Wprowadzaj zmiany stopniowo

Trzy na cztery osoby pracujące zdalnie chciałyby w części utrzymać ten model pracy po ustaniu pandemii – podaje raport „Rok nowej normalności”. Nagły powrót do biura może być dla pracowników trudny. Należy pamiętać, że przez rok zdążyli już ułożyć swoje życie na nowo.

"Dobry zarządzający zespołem nigdy nie stosuje techniki szokowej. Jeżeli jest taka możliwość, warto wprowadzać zmiany małymi krokami. Jeden czy dwa dni pracy w biurze na początku i stopniowe zwiększanie ilości dni będzie dla pracowników łatwiejszym rozwiązaniem niż wymaganie natychmiastowego powrotu do biura, które spowoduje pilne poszukiwanie babć do opieki nad dziećmi czy dziadków do odbioru ze szkół" – podsumowuje prezes Instytutu Przywództwa.

Newseria

 

 

Odrodzenie pracy tymczasowej

Praca tymczasowa na polskim rynku funkcjonuje od dawna, w dużej części zaspokaja potrzeby rynku, odpowiada wymaganiom części pracodawców oraz oczekiwaniom pewnej liczby pracowników. 

 



Pandemia koronawirusa uwydatniła jej zalety i w pewnym sensie odpowiada za swoisty renesans tej formy zatrudnienia oraz ekspansję na bardziej specjalistyczne branże, takie jak chociażby IT czy medycyna.

Do tej pory praca tymczasowa była często domeną dużych zakładów usług produkcyjnych. W konsekwencji lockdownów niektóre branże były zmuszone do radykalnego cięcia kosztów i zwalnianie pracowników. Ci pracodawcy, którzy jeszcze przed lockdownem korzystali z usług agencji pracy tymczasowej, mogli prawie bezboleśnie zredukować tymczasowe zatrudnienie. To pozwoliło im utrzymać się na rynku i uratować swoich stałych pracowników. Większe agencje pracy tymczasowej miały w swoim portfolio klientów z różnych branż, dlatego mogły szybko reagować na zmiany i przenosić pracowników tymczasowych z zakładów zmuszonych wstrzymać działalność, takich jak branża eventowa, gastronomiczna czy hotelarska, do zakładów z branży logistycznej, które odnotowywały wzmożone potrzeby kadrowe z racji ogromnych dynamik odnotowywanych przez kanał e-commerce.

Powszechna opinia dotycząca pracy tymczasowej do tej pory wiązała ją z pracami prostymi, jednak zaburzenia struktury popytowej, której doświadczyliśmy w efekcie pandemii i których cały czas doświadczamy sprawiają, że praca tymczasowa bywa funkcjonalna również tam, gdzie mówimy o  projektach czy określonych zamówieniach, a to np. naturalne środowisko branży IT. Po doświadczeniach z home office, elastyczności zaczęli również w większym stopniu oczekiwać sami pracownicy – mając świadomość, że perspektywy zawodowe tkwią w realizacji zleceń, a nie w trwaniu na tzw. stan-by, czyli w trybie uśpienia. 

Wydaje się, że ryzyko pandemiczne będzie w najbliższych latach wkalkulowywane w modele biznesowe firm, co będzie miało wpływ i na kształtowanie polityki kadrowej, i na strukturę oraz warunki kontraktowania załogi w firmach.

Newseria

 

 

czwartek, 27 sierpnia 2020

Jak zmniejszyć ryzyko inwestora i zdobyć finansowanie dla startupu?

 

W niepewnej sytuacji gospodarczej podejście do oceny ryzyka zmienia się w odniesieniu do większości przedsiębiorstw. Firmom trudniej jest o kredyt ze względu na zaostrzające się kryteria bankowe, finansowanie ciężej jest zdobyć także start-upom, które dla funduszy z założenia są inwestycją wysokiego ryzyka. Co zatem zrobić, by w czasach kryzysu przekonać do siebie inwestora? 

Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym tłumaczy w jaki sposób fundusze VC oceniają stopień ryzyka inwestycyjnego oraz na co powinien zwrócić uwagę start-up starający się o finansowanie w obecnym otoczeniu makroekonomicznym. 

 


 

Trzeba wczuć się w jego sposób myślenia i na tyle zniwelować potencjalne zagrożenia, by przedsięwzięcie nie jawiło się jako szczególnie niebezpieczne. Pieniądze dla start-upów cały czas są dostępne, ich zdobycie jest jednak trudniejsze i wymaga większego zaangażowania ze strony zainteresowanych. 

Sytuacja, z którą musimy się mierzyć od kilku miesięcy sprawiła, że inwestorzy zaczęli koncentrować się przede wszystkim na swoim portfolio i wsparciu własnych spółek. Do nowych inwestycji podchodzą zdecydowanie bardziej selektywnie, ostrożnie obserwując rynek i zmieniające się trendy. Obecnie większość funduszy oczekuje dużych zmian w zakresie wycen, które w ostatnich latach sięgnęły niespotykanych wcześniej poziomów. Zmianie ulega też podejście do zapisów w umowach inwestycyjnych dotyczące ochrony kapitału, takich jak liquidation preference, które stają się bardziej restrykcyjne niż dotychczas. Wszystko to nie oznacza, że fundusze przestaną inwestować pieniądze, będą jednak bardziej skrupulatnie podchodzić do stosowanych przez siebie kryteriów oceny ryzyka.

Kryteria oceny projektu decydujące o sukcesie

Wstępna ocena projektu i ryzyka z nim związanego  – tzw. pre term sheet due diligence zaczyna się już przy pierwszym kontakcie z pomysłodawcami projektu. Jej celem jest zweryfikowanie czy projekt wpisuje się w kluczowe dla funduszu kryteria inwestycyjne. Na tym etapie oceniane są przede wszystkim trzy aspekty:

  • Produkt – powinien odpowiadać na realne potrzeby i mieć wyraźną przewagę konkurencyjną
  • Zespół – powinien posiadać niezbędne, uzupełniające się kompetencje
  • Rynek – powinien być wystarczająco duży, dynamiczny i z perspektywami rozwoju

Dla funduszu istotne przy ocenie projektu są także efektywne kanały dystrybucji oraz potencjał do zdobycia silnej pozycji na rynku. Po podpisaniu term sheetu inwestor przystępuje do właściwej części, czyli tzw. confirmatory due diligence. W jego trakcie analizowane są aspekty projektu dotyczące m.in. zagadnień prawnych, podatkowych, technicznych, finansowych. Na tym etapie dokładnie badana jest kondycja firmy, w celu identyfikacji i oceny ryzyka związanego z planowaną inwestycją. W przypadku transakcji venture capital należy pamiętać, że żadne due diligence nie zabezpieczy funduszu przed wszelkimi ryzykami związanymi z daną inwestycją. Dzięki przeprowadzonemu badaniu można jednak te ryzyka zidentyfikować i zrozumieć, a dzięki temu również zminimalizować. 

Jak przekonać inwestora?

Obecnie inwestorzy szukają przede wszystkim projektów odpornych na zawirowania gospodarcze, a szczególnie takich, które pomimo kryzysu mają szansę dynamicznie rosnąć. Dobrze widziana jest stabilność i elastyczność łańcucha dostaw, odpowiedni sposób zarządzania kadrą pracowniczą (zwłaszcza w warunkach pracy zdalnej), zastosowanie zaawansowanych technologii, strategia budowy lojalności klientów. W aktualnym otoczeniu dużego znaczenia nabiera szybkość i łatwość adaptacji do nowych okoliczności. To jak zarząd radzi sobie w trudnych warunkach jest dobrą miarą posiadanych kompetencji. 

Rozmawiając z funduszem VC, start-upy powinny szczególnie eksponować te czynniki, które obniżają ryzyko inwestora i prezentują projekt jako atrakcyjną inwestycję. Wśród nich można wymienić takie elementy jak:

  • dokładne określenie potrzeb kapitałowych i realistyczny plan finansowy
  • potwierdzenie zdolności do generowania powtarzalnych przychodów (np. w modelu SaaS)
  • zweryfikowana rynkowo wartość oferowanych produktów i usług
  • możliwość zdalnego zarządzania procesami sprzedaży i dystrybucji
  • zabezpieczone, optymalne łańcuchy dostaw
  • wycena projektu pozwalająca zrealizować oczekiwany zwrot z inwestycji
  • prognoza na wykonalne wyjście z inwestycji (exit)

Kto ma największe szanse w czasach kryzysu?

Czasy pandemii sprawiły, że fundusze VC zaczęły intensywnie poszukiwać projektów, które odpowiadają na nowo powstałe potrzeby oraz trendy, których rozwój pandemia przyspieszyła. Powodzeniem cieszą się innowacyjne rozwiązania związane z pracą i edukacją zdalną, rozwojem sektora e-commerce i telemedycyny, cyberbezpieczeństwem czy digitalizacją i automatyzacją procesów w finansach i księgowości. Inwestycje w tych obszarach mogą przynieść funduszom ponadprzeciętne zwroty. Mając na uwadze to, że trudniej będzie o kolejne rundy finansowania, będą liczyły się projekty o niskim poziomie tzw. cash burn. Takie, które mają największą szansę na to, aby dobrze radzić sobie na rynku nawet bez dalszego wsparcia inwestorów, czyli po prostu zarabiać pieniądze. 

Założyciele start-upów muszą dziś włożyć znacznie więcej wysiłku w przekonanie inwestora, ale zdobycie finansowania wciąż jest możliwe. Nawet jeśli w danym momencie szanse na pozyskanie całości środków są niewielkie, warto rozważyć rundę pomostową. Mimo, że będzie to finansowanie niższe, niż pierwotnie planowano, może być łatwiejsze do pozyskania i przy wdrożeniu pewnych oszczędności, zapewnić stabilność działania w najtrudniejszym okresie.  

Podlaski Fundusz Kapitałowy jest jednym z najstarszych funduszy venture capital działających w Polsce. Fundusz został utworzony w 1995 roku, w ramach Polsko-Brytyjskiego Programu Rozwoju Przedsiębiorczości. Od tamtej pory zrealizował kilkadziesiąt inwestycji na łączną kwotę ok. 45 mln zł, z sukcesem finalizując wiele transakcji. Fundusz oferuje przedsiębiorstwom finansowanie typu venture capital oraz private debt. Maksymalna kwota zaangażowania w jeden podmiot to 1,5 mln PLN. Z finansowania mogą korzystać startupy generujące pierwsze przychody ze sprzedaży, jak również firmy będące w fazie dalszego rozwoju i ekspansji. 

Newseria



środa, 22 lipca 2020

Statystyczny Polak nie potrafi żyć bez telefonu komórkowego


Więcej niż 9 na 10 Polaków korzysta z telefonu komórkowego, a wśród dzieci ten odsetek jest niewiele niższy – wynika z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Ze smartfona korzystamy codziennie po kilka godzin i nie rozstajemy się z nim nawet w sypialni czy podczas spotkań towarzyskich. 





Pandemia SARS-CoV-2 sprawiła, że od marca codzienność – wliczając w to edukację, pracę zdalną i kontakty z rodziną i przyjaciółmi – niemal w całości przeniosła się do sieci, a Polacy zaczęli spędzać przed ekranami telefonów jeszcze więcej czasu. Dla wielu osób, zwłaszcza wychowanych online dzieci i nastolatków, ta sytuacja mogła dodatkowo przyczynić się do uzależnienia od internetu – ostrzegają eksperci z okazji przypadającego 15 lipca Dnia bez Telefonu Komórkowego. 

– Telefon komórkowy jest narzędziem, bez którego już nie wyobrażamy sobie życia. Właściwie przenieśliśmy cały wielki świat do tego małego urządzenia. Mamy w nim różne kanały komunikacji: SMS-y, komunikatory, media społecznościowe. Z drugiej strony telefonem możemy płacić, mamy w nim aplikacje sportowe i do robienia zakupów, więc większość naszych aktywności mieści się w nim. Dlatego jeżeli zapominamy zabrać go z domu, często powoduje to niepokój i dyskomfort. Chętniej wrócimy po ten telefon, niż wytrzymamy bez niego jeden dzień poza domem – mówi psycholog i trener biznesu Beata Adamczyk-Nowak, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie. 

Z telefonu komórkowego korzysta 92,2 proc. Polaków. Najpopularniejszy typ to smartfon, którego ma ponad 3/4 użytkowników telefonii komórkowej. Wśród osób poniżej 44. roku życia ten odsetek wzrasta już do 90 proc. Tradycyjny telefon ma niespełna co czwarty Polak i w tej grupie dominują osoby powyżej 60 lat. 

Jak pokazują dane Urzędu Komunikacji Elektronicznej, ponad 2/3 Polaków regularnie korzysta z internetu w telefonie, ale w najmłodszych grupach wiekowych (15–34 lata) ten odsetek wynosi już 94 proc. Telefon służy głównie do przeglądania stron internetowych (prawie 80 proc.) i portali społecznościowych (70 proc.), korzystania z komunikatorów (68,5 proc.) oraz aplikacji mobilnych (63 proc.). Więcej niż co drugi Polak (54,2 proc.) ma w nim zainstalowaną aplikację swojego banku, a 40 proc. płaci zbliżeniowo telefonem – i to przynajmniej kilka razy w tygodniu. 

– Właściwie każdy z nas jest trochę uzależniony od telefonu. Im więcej aktywności, im więcej funkcjonalności i aplikacji on zawiera, tym częściej w nim przesiadujemy. Oczywiście to zależy też od tego, ile czasu poświęcamy na zaglądanie do komórki. Są osoby, które potrafią to kontrolować, a inne mają non stop włączone powiadomienia, reagują na każde z nich i właściwie to telefon rządzi nimi, a nie odwrotnie – mówi Beata Adamczyk-Nowak.




Ogólnopolskie badanie Mobiem Polska, przeprowadzone na początku tego roku, pokazało, że ponad 60 proc. osób w wieku 15–35 lat nie rozstaje się z telefonem w ciągu dnia, korzystając z niego nawet podczas spotkań towarzyskich czy w sypialni, bo aż 82 proc. Polaków ma go ze sobą nawet podczas snu. Ponad połowa korzysta z telefonu kilka godzin dziennie, a 70 proc. jest skłonnych wrócić do domu po telefon nawet kosztem spóźnienia się do pracy lub szkoły. 

Uzależnienie od telefonów i internetu było dużym problemem społecznym jeszcze przed pandemią SARS-CoV-2. Społeczna izolacja tylko go zaostrzyła. Polacy zaczęli spędzać znacznie więcej czasu przed komputerami i ekranami smartfonów. To też zaburzyło równowagę między życiem prywatnym i zawodowym oraz wpływa na sposób, w jaki wypoczywamy. 

– Okazuje się, że Polacy są na trzecim miejscu od końca w całej Europie pod względem czasu, który przeznaczamy na wypoczynek. Dzieje się tak dlatego, że w pracy jesteśmy właściwie non stop. Dzień naszej pracy wydłużył się nawet do 13,5 godzin, dlatego że jesteśmy ciągle online – podkreśla psycholog. – Kiedy idziemy urlop, dobrym sposobem na zaprzestanie myślenia o pracy jest zaplanowanie sobie na pierwsze dni aktywności, które najbardziej lubimy i które zajmą naszą głowę. Ułatwiajmy sobie wypoczywanie w taki sposób, że wyłączamy na czas urlopu pocztę, a jeśli już musimy mieć to pod kontrolą, zaglądajmy tam maksymalnie raz w tygodniu. 

Te ograniczenia powinny też dotyczyć dzieci, które w coraz większym stopniu mają ze smartfonami taki sam problem jak dorośli. 

– Według badań Fundacji Dzieci Niczyje [dziś Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę – red.] 64 proc. dzieci w wieku od 6 miesięcy do 6,5 roku życia korzystało z urządzeń mobilnych. Aż 84 proc. 10-latków posiada też własny telefon komórkowy – mówi Beata Adamczyk-Nowak. 

Dzieci najczęściej korzystają z telefonu po to, żeby dzwonić do rodziny i znajomych, pisać i odbierać SMS-y. Ponad 70 proc. deklaruje, że smartfon to także urządzenie do grania i słuchania muzyki, a 60 proc. przegląda w nim internet. Co istotne, o bezpieczeństwo dziecka podczas korzystania z internetu dba jednak tylko co drugi rodzic. 

– Wygodne jest to, że dziecko może pograć albo obejrzeć na telefonie jakąś bajkę i dać nam chwilę spokoju. Jednak są symptomy, które wskazują już na uzależnienie, np. kiedy chcemy ograniczyć dziecku dostęp do telefonu, bo korzysta z niego za często, a ono staje się drażliwe. Podobnie jeśli dziecko do tej pory podejmowało jakieś aktywności fizyczne albo angażowało się w jakieś społeczności, a teraz tego nie robi, jest odizolowane od grup rówieśniczych – mówi psycholog.
Newseria



Systemy do zdalnego mierzenia temperatury mogą ograniczyć ryzyko strat związanych z koronawirusem


Systemy do zdalnego mierzenia temperatury coraz bardziej popularne w firmach. Mogą ograniczyć ryzyko strat związanych z koronawirusem.





Detekcja twarzy i pomiar temperatury w kącikach oczu to najczęściej stosowana metoda w systemach termograficznych. W dobie koronawirusa zdalne pomiary w tłumie ludzi mogą ułatwić wykrywanie osób potencjalnie chorych. 

Dla firm ma to niebagatelne znaczenie, bo wstrzymanie lub ograniczenie produkcji w wyniku wykrycia koronawirusa u pracowników może narazić je na znaczne straty. – Inwestycja w system, który wykryje podwyższoną temperaturę wśród wielu osób i zaalarmuje odpowiednie służby, może okazać się mniej kosztowna – przekonuje Jędrzej Kowalewski z firmy Scanway. 

– Znam przykłady kilku fabryk w Polsce, które niestety musiały ograniczyć swoje moce produkcyjne, a ich straty są liczone w setkach tysięcy złotych. System termograficzny pozwala zminimalizować ich ryzyko przy znacznie mniejszych nakładach  – dodaje Jędrzej Kowalewski, prezes zarządu Scanway, firmy tworzącej wizyjne systemy pomiarowe. – W najtańszej wersji jest to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. 

Choć systemy, które mogą się np. automatycznie kalibrować oraz dokonywać wielu pomiarów, a nawet pracować w jednej sieci sprzężonej z różnymi kamerami, kosztują więcej, ponad 100 tys. zł, to jednak wciąż nieporównywalny wydatek wobec strat, jakie mogą ponieść duże zakłady produkcyjne w związku z wykryciem koronawirusa u pracowników. 

– Systemy termograficzne są już stosowane np. w Azji i w krajach Europy Zachodniej – zaznacza prezes Scanway. – W Polsce zainteresowanie rośnie i ostatnio otrzymujemy bardzo dużo pytań o efektywność i zasady działania takiego systemu. Jest on przydatny wszędzie tam, gdzie pracuje wiele osób i możliwa jest interakcja między ludźmi. Czasami trudno jest wyegzekwować wszystkie zasady związane z unikaniem zakażenia koronawirusem – zachowanie dystansu, noszenie maseczki i stosowanie wszelkich innych środków ochrony osobistej. Często sami pracownicy proponują, żeby taki system zainstalować w firmie, ponieważ obawiają się o własne bezpieczeństwo. 

Urządzenia termograficzne powinny być montowane przy wejściach do fabryk i biurowców, czyli tam, gdzie pracownicy przekraczają próg firmy. Jednak uzasadnienie ma także instalacja takich systemów w stołówkach zakładowych, salach zebrań i innych miejscach, w których przebywa wiele osób. 

Jak informuje Jędrzej Kowalewski, skuteczność systemu termograficznego można ocenić na dwa sposoby. Po pierwsze, należy określić, w jaki sposób wykrywa on każdą osobę, która ma podwyższoną temperaturę, a po drugie, ustalić, jak wiele osób jest on w stanie poddać pomiarom jednocześnie. 

– Najnowsze technologie przetwarzania danych pozwalają na zbadanie nawet tłumu ludzi przechodzącego w oku kamery, pod warunkiem że każda z tych osób przez chwilę zostanie przez nią uchwycona. Nie ma lepszego systemu, który mógłby zmierzyć temperaturę ciała tak wielu ludzi w tak krótkim czasie. Dokładność pomiaru zależy od zastosowanego sensora, co wpływa na cenę urządzenia – wyjaśnia. 




System termograficzny opiera się na detekcji twarzy, która odbywa się albo w paśmie podczerwonym, bo to ono jest potrzebne do zmierzenia temperatury, albo dzięki dodatkowej kamerze, która monitoruje w paśmie widzialnym. 

– Kiedy twarz zostanie zidentyfikowana, system dokonuje pomiarów. Albo jest to pomiar całości twarzy, albo w wybranych punktach, np. w kącikach oczu, gdzie temperatura jest najwyższa. Warto dodać, że pomiar powinien być możliwy do zrealizowania nawet wtedy, gdy ktoś nosi okulary albo maseczkę. Wykrycie podwyższonej temperatury nie musi oznaczać automatycznego wskazania pracownika i uruchomienia alarmu. Można zaprogramować system tak, aby informacja o podwyższonej temperaturze była przekazywana do pracownika ochrony, który może wykonać dodatkowy pomiar z bliskiej odległości i możliwie dyskretnie podjąć dalsze kroki – tłumaczy prezes Scanway. 

Taka metoda eliminuje sytuacje, które mogą stresować pracowników, ale umożliwia stuprocentową kontrolę. System gromadzi ogromną ilość danych, m.in. zdjęcia twarzy pracowników. Od administratora systemu zależy, co się z nimi stanie – mogą być automatycznie kasowane lub magazynowane, co wymaga jednak dodatkowych zgód od kadry pracowniczej. 
Newseria



Fala upadłości firm spodziewana w drugiej połowie roku


Kryzys dopiero przed polską gospodarką. Fala upadłości firm spodziewana w drugiej połowie roku.




– Popandemiczna recesja na dobre rozpocznie się dopiero wtedy, kiedy skończą się pieniądze z rządowych tarcz, a pierwszej fali upadłości firm można spodziewać się w III kwartale tego roku – oceniają ekonomiści Euler Hermes. Wśród najbardziej zagrożonych branż są m.in. HoReCa i transport międzynarodowy. Branża meblarska i odzieżowa też mogą spisać bieżący rok na straty. Cały handel, w tym także żywność i środki czystości, spowalnia, a konsumenci i firmy ograniczają zakupy, bo czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych w obawie przed recesją.  Niepewność zmieni też zwyczaje zakupowe Polaków: konsumenci będą wybierać produkty tańsze, powróci presja na ceny i obniżki marż. 

– Prawdziwy kryzys wywołany pandemią pokaże się dopiero, kiedy skończą się pieniądze ze wszystkich tarcz. Te transfery gotówkowe, które firmy dostały i wciąż dostają, to są co prawda duże pieniądze, ale one służyły głównie temu, aby przedsiębiorstwa przetrwały w momencie, kiedy gospodarka stała w miejscu i w wielu branżach w ogóle nie było sprzedaży – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. 

W tej chwili polska gospodarka jest w trakcie odmrażania, ale w wielu branżach firmy nadal notują obroty o 30–50 proc. niższe niż przed kryzysem epidemiologicznym. To oznacza, że kiedy skończy się finansowe wsparcie od rządu, będą musiały radzić sobie samodzielnie, pokrywając wciąż wysokie koszty działalności (czynsze, koszty pracownicze etc.) z własnych, dużo mniejszych przychodów. Wiele z nich temu nie podoła, a efektem będzie zwiększenie skali zatorów płatniczych, presja na redukcję zatrudnienia i obniżki wynagrodzeń. 

– Wiele firm będzie musiało odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mają siłę i moc finansową, żeby dalej działać. To będzie taki moment, kiedy gospodarka powie: „sprawdzam!”. Pewnie w okolicach III kwartału możemy spodziewać się wynikającej z tego lawiny upadłości firm. Zresztą pierwsze obserwujemy już w tej chwili. Wiele przedsiębiorstw, w szczególności nastawionych na działalność, która wciąż jest zamrożona, jak np. turystyka czy wynajem apartamentów, już upada – mówi Tomasz Starus. 




Wśród branż najbardziej zagrożonych niewypłacalnością i ryzykiem upadłości jest m.in. HoReCa, czyli hotelarstwo, restauracje, catering oraz eventy i targi. Te zostały najmocniej dotknięte obecnym kryzysem i tak zapewne pozostanie w kolejnych kwartałach. Co więcej, problemy dotkną nie tylko firmy, które działają w tych branżach, ale także ich dostawców, podwykonawców i powiązane z nimi podsektory. 

– Takie wydarzenia jak koncert czy kongres obsługuje wiele firm. To jest duża operacja logistyczna, na którą składa się m.in. ochrona, catering, dźwiękowcy, oświetleniowcy. Wszyscy ci ludzie w tej chwili nie mają pracy. W wakacje pewnie również nic wielkiego się nie zadzieje. Owszem, wszyscy spędzimy urlopy w kraju, bo granice są zamknięte i nie wyjedziemy na zagraniczne wakacje, ale to też oznacza, że nie przyjadą do nas turyści z zagranicy, którzy wydają w Polsce dużo większe pieniądze niż my sami – mówi Tomasz Starus. 

Z perturbacjami musi liczyć się też transport, w szczególności międzynarodowy. Z kolei w branży spożywczej i FMCG obostrzenia wprowadzone w związku z pandemią SARS-CoV-2 przyniosły chwilowy boom i wzrost sprzedaży związany z gromadzeniem zapasów. Jednak euforia zakupowa trwała tylko do Wielkanocy. Po niej przychody spadły, za to uwypukliły się problemy branży, takie jak niska marżowość i chroniczne opóźnienia w spłacie należności. 

– Styczeń i luty to był czas, kiedy w płatnościach i przeterminowaniach niewiele się działo, był porównywalny z zeszłym rokiem. W marcu zauważyliśmy już pierwsze sygnały pogorszenia w branży spożywczej i AGD. Tutaj średni udział długów trudnych, czyli przeterminowanych ponad 120 dni, wzrósł z 2 do ponad 4 proc., czyli ponad dwukrotnie. To niemało, biorąc pod uwagę, że firmy z tej branży mają dość niską marżę. Te 2 proc. nieodzyskanych pieniędzy może powodować, że wcale nie będą mieć zysku – mówi Tomasz Starus. – W branży spożywczej udział trudnych długów wzrósł jeszcze bardziej. Do lutego utrzymywał się w granicach 2 proc., a obecnie to już 4,5 proc. To branża o bardzo dużych obrotach, więc ten odsetek przekłada się na duże pieniądze, które pewnie są już nie do odzyskania. 

Ekspert Euler Hermes ocenia jednak, że żywność ma i będzie miała dobre perspektywy zbytu jako towar pierwszej potrzeby, a handel spożywczy generalnie radzi sobie na razie dość dobrze. Jednak nadchodzące miesiące przyniosą też nowe wyzwania, których wiele przedsiębiorstw może nie przetrwać, takie jak brexit, susza czy planowany podatek cukrowy. 

Problem również w tym, że w Polsce zarówno konsumenci, jak i firmy w obawie przed recesją ograniczają zakupy i czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych. Niepewność zmniejszy liczbę zakupów okazjonalnych, a konsumenci wybierać będą produkty tańsze. Powróci więc presja na ceny i niskie marże, także w sektorze spożywczym. Po pandemii zostanie z nami również skłonność do zakupów w internecie, również w poszukiwaniu bardziej atrakcyjnych cen. 

– Internetowy handel szczególnie dobrze radzi sobie w tych branżach, które już wcześniej odrobiły pracę domową, czyli np. w elektronice i AGD. Tam jest kilku mocnych graczy, którzy istnieją w internecie od dawna i ten czas był dla nich dodatkowym bodźcem, żeby jeszcze bardziej usprawnić e-handel. Oni zyskali, ponieważ nauczyli tę część społeczeństwa, która do tej pory pozostawała niechętna zakupom w internecie, że jest to łatwe i bezpieczne – mówi Tomasz Starus. 

Konieczność zdalnej pracy i nauki wywołała impuls do zakupów nowego sprzętu elektronicznego, który nabyło online 35 proc. konsumentów. Jednak i tutaj boom skończył się wraz ze znoszeniem ograniczeń. Aktualnie zarówno klienci indywidualni, jak i firmy ograniczają takie zakupy, czekając na rozwój sytuacji gospodarczej, a pierwsze dni otwarcia sklepów nie wskazują na duże zainteresowanie ofertą RTV/AGD. Euler Hermes wskazuje, że na tle innych branż ten sektor doświadczył jak na razie umiarkowanego spadku (-16,7 proc. rok do roku), jednak wiele wskazuje na to, że większe załamanie i problemy z płynnością jeszcze nadejdą. 

Analitycy oceniają, że pandemia i jej konsekwencje zmienią zwyczaje zakupowe Polaków, co zakończy obserwowany w ostatnich latach trend kupowania sprzętu droższego, bardziej funkcjonalnego i o lepszym designie. Pojawi się za to zainteresowanie tańszą ofertą i presja na jak najniższe ceny. 

Wśród sektorów handlowych, które na kryzysie straciły najmocniej, są m.in. meble oraz ubrania. 

– Branża meblarska może uznać ten rok za stracony, ponieważ sprzedaż mieszkań spada i będzie spadać. Bezrobocie będzie rosnąć, koszt kredytów hipotecznych jest dużo wyższy i potrzebny jest większy wkład własny. Na razie więc ludzie nie będą kupować mebli, a przynajmniej nie w takiej skali jak wcześniej – ocenia Tomasz Starus. – Z kolei cała reszta konsumpcji, czyli m.in. odzież i obuwie, odnotowała totalną zapaść. W tej chwili trwa mozolne odbudowywanie, ale dopóki ludzie wciąż w większości siedzą w domach, to nie będą też zaopatrywać się w taką liczbę ubrań. 

Ekspert Euler Hermes wskazuje, że są też branże, które na obecnym kryzysie ewidentnie zyskują. Jest wśród nich m.in. branża opakowaniowa – popyt na opakowania się zwiększył i pojawiła się możliwość podniesienia marż. Zwiększonemu popytowi towarzyszy też spadek cen surowców do ich produkcji, wynikający ze spowolnienia gospodarki.
Newseria


Technosygnatury pomogą w odkryciu inteligentnych cywilizacji


Technosygnatury mogą pomóc w odkryciu inteligentnych cywilizacji. Naukowcy będą szukać paneli słonecznych i śladów przemysłowego zanieczyszczenia atmosfery.




W Drodze Mlecznej może być nawet 36 inteligentnych cywilizacji. Średni dystans do jednej z nich wynosi jednak około 17 tys. lat świetlnych. Naukowcy starają się szukać życia poza naszym Układem Słonecznym za pomocą teleskopów nowej generacji czy małych sond kosmicznych. 

NASA udzieliła grantu grupie astronomów na przeszukanie Wszechświata pod kątem oznak obcych cywilizacji za pomocą „technosygnatur” – przemysłowych zanieczyszczeń atmosfery, świateł miast, ogniw fotowoltaicznych czy satelitów. 

Grupa naukowców z Uniwersytetu w Nottingham opracowała nową kalkulację opartą na „ewolucji kosmicznej”. Przy założeniu, że ​​życie na Ziemi jest mniej więcej reprezentatywne dla sposobu, w jaki życie ewoluuje w dowolnym miejscu we wszechświecie – na skalistej planecie, we właściwej odległości od odpowiedniej gwiazdy, po około 5 mld lat. W ten sposób wyliczyli, że w Drodze Mlecznej istnieje co najmniej 36 inteligentnych cywilizacji. Według badaczy średni dystans do jednej z nich wynosi ok. 17 tys. lat świetlnych. 

Do szukania obcych cywilizacji naukowcy wykorzystywali przede wszystkim zaawansowane teleskopy. Niedawno zaś NASA udzieliła grantu grupie badaczy z Centrum Astrofizyki Harvard & Smithsonian i Uniwersytetu w Rochester na przeszukanie Wszechświata pod kątem oznak obcych cywilizacji za pomocą „technosygnatur”. 

– Technosygnatury to ślady zaawansowanych technologii obcej cywilizacji, podobnych lub może nawet bardziej wyrafinowanych niż to, co posiadamy – tłumaczy Avi Loeb z Uniwersytetu w Harwardzie. – Takie sygnatury mogą obejmować przemysłowe zanieczyszczenie atmosfery, światła, ogniwa fotowoltaiczne (panele słoneczne), megastruktury czy roje satelitów. 

Jednym ze sposobów, aby dowiedzieć się, czy na danej planecie może istnieć życie, jest poszukiwanie bioznaków. Gdy światło gwiazd odbija się od planety lub przechodzi przez jej atmosferę, gazy pochłaniają określone długości fal. Widmo obserwowane przez teleskop może pokazać, czy obecne są gazy związane z życiem, takie jak tlen, dwutlenek węgla lub metan. Od bioznaków znacznie dokładniejsze mogą być jednak technosygnatury –  zanieczyszczenia chemiczne dookoła planet, które mogą świadczyć o istnieniu inteligentnej, obcej cywilizacji. 

– Zanieczyszczamy ziemską atmosferę naszą działalnością przemysłową –  twierdzi Avi Loeb. – Gdyby inna cywilizacja robiła to znacznie dłużej niż my, wówczas atmosfera jej planety mogłaby wykazywać wykrywalne oznaki sztucznie wytwarzanych cząsteczek, których natura prawdopodobnie nie produkuje spontanicznie, takich jak freony (CFC). 

Naukowcy rozpoczną projekt od przyjrzenia się dwóm możliwym technosygnaturom, które mogą wskazywać na aktywność technologiczną na innej planecie. Według naukowców astronomowie powinni szukać obecności freonów w atmosferze planet, co może wskazywać na obecność działalności przemysłowej. 

Inną sygnaturą są panele słoneczne. Gwiazdy są jednym z najpotężniejszych generatorów energii we wszechświecie. Na Ziemi wykorzystujemy energię słoneczną, podobnie inne cywilizacje mogłyby wykorzystać swoje gwiazdy. Jeśli cywilizacja używa paneli słonecznych, światło odbite od planety miałoby pewną sygnaturę widmową, wskazującą na obecność takich kolektorów. Przykładem może być najbliższa gwiazda, Proxima Centauri, gospodarz planety nadającej się do zamieszkania, Proxima b. 

– Wokół najbliższej Ziemi gwiazdy, Proximy Centauri (oddalonej od Ziemi o 40 bln km – przyp.red.), krąży planeta nadająca się do zamieszkania, Proxima b. Uważa się, że planeta jest na stale odwrócona w kierunku gwiazdy i ma stałe strony nocy i dnia – wskazuje Avi Loeb. 

Astronom Frank Drake (założyciel instytutu SETI - Search for Extraterrestrial Intelligence) twierdził np., że w galaktyce może być 10 tys. inteligentnych cywilizacji. Najnowsze obliczenia mówią nawet o 36 tys. Włoch Enrico Fermi zapewniał z kolei, że ​​gdyby istniało inteligentne życie, już byśmy je spotkali. Jeśli jednak inteligentna, obca cywilizacja istniała, poprzez szukanie technosygnatur będzie można ją szybciej zidentyfikować. 

– Mam nadzieję, że korzystając z grantu NASA, będziemy kwantyfikować nowe sposoby badania oznak obcych cywilizacji technologicznych, które są podobne lub znacznie bardziej zaawansowane niż nasze własne – mówi Avi Loeb. – Podstawowe pytanie, na które staramy się odpowiedzieć, brzmi: czy jesteśmy sami? Ale dodałbym do tego: nawet jeśli teraz jesteśmy sami, czy byliśmy sami w przeszłości?
Newseria



wtorek, 21 lipca 2020

5 powodów dla których warto zacząć przygodę malarską


Zajęcia kreatywne, twórcze wzbogacają naszą codzienną rutynę. Kształtują charakter oraz stymulują umysł. 




Gdy malujemy, jesteśmy tylko my, kartka i kolory farb.  Zapominamy o tym, że sam proces tworzenia oddziałuje na nas. Zabawa malarska pozwala na uwolnienie nagromadzonych stresów czy wszelkiego rodzaju uczuć. Oto 5 powodów, dla których warto rozpocząć zabawę malarską. 

1. Malowanie łamie wewnętrzne bariery
Wszyscy,  którzy spróbowali zabawy malarskiej zauważają w sobie zmianę. Nie do końca potrafią to nazwać, ale jest to coś, do czego chcą wracać i chcą jeszcze.  Każdy może chwycić pędzel i oddać się swobodnej zabawie. Kiedy malujemy bez ograniczeń, przekonujemy się, że ograniczenia są w naszej głowie. Czerpanie radości z malowania dodaje pewności siebie i wyzwala dużą dawkę endorfin. 

2. Malowanie pomaga w budowaniu koncentracji
Zabawa malarska pozwala być uważnym na siebie - zatrzymać się tu i teraz.

3. Malowanie kształtuje wyobraźnię
Wyobraźnia to nie tylko umiejętność zwizualizowania swoich myśli i emocji. Jest  nam potrzebna m.in. do kształtowania wrażliwości oraz empatii. Regularne jej ćwiczenie pozwoli na poszerzanie horyzontów oraz intensywniejsze odczuwanie otaczającego nas świata. 

4. Malowanie pomaga parafrazować świat
Myślenie wizualne - to właśnie tego uczy nas obcowanie z różną formą sztuki. Podczas zabawy malarskiej poszukiwane są różne możliwości wyrazu swoich myśli za pomocą obrazu. Co ważne  - nikt oprócz twórcy nie musi tego rozumieć. Ważne jest to, że uczymy się patrzeć na świat z różnych perspektyw.

5. Malowanie ekspresyjne pozwala na dojście do głosu formulacji
Swobodna zabawa malarska włącza podświadomość. Tam zagnieżdżone jest wiele emocji i impulsów,  których nie jesteśmy świadomi. Dzięki malowaniu mogą ujawnić się talenty czy też uczucia, które niegdyś w nas były i dopiero teraz zostały obudzone. Zabawa malarka pozwala na ekspresję tychże emocji oraz podróż w głąb siebie. Przeżycie tego uświadamia, że jest coś więcej, do czego tęsknimy. Ta tęsknota powoduje, że chcemy doświadczać tego coraz bardziej. Swobody w świecie pełnym reguł. Podczas zabawy malarskiej nic nie musisz, tylko możesz. 

Zalet wynikających z zabawy malarskiej jest o wiele więcej. Nie ważne jest to, czy ktoś umie malować (w jego mniemaniu) czy nie – sztuka rozwija umysł i ciało. Kształtuje osobowość, pozwala się zrelaksować oraz pomaga zwolnić i spojrzeć z innej perspektywy na swoje życie.
Newseria




Patriotyczne koszulki i gadżety

Patriotyczne koszulki i gadżety
Patriotyczne koszulki i gadżety