poniedziałek, 2 marca 2020

Patrycja Markowska dzięki „Ameryce Express” poznała siebie z innej strony


Patrycja Markowska: Dzięki „Ameryce Express” poznałam siebie z innej strony. Zobaczyłam, że lubię wyzwania i że jestem w stanie znieść więcej, niż myślałam. 




Wokalistka tłumaczy, że podczas realizacji programu „Ameryka Express” targały nią skrajne emocje. Wyczerpanie, zmęczenie, a czasem nawet upokorzenie mieszały się z satysfakcją, że można żyć bez telefonów i napiętego kalendarza, w kieszeni mając jedynie dolara na cały dzień. Podczas trudnej ekspedycji przeżywała wzloty i upadki, ale nie ma wątpliwości, że wyciągnie z tego właściwą lekcję na całe życie.

Zdjęcia do nowej edycji programu „Ameryka Express” kręcone były w Kolumbii i Gwatemali. Patrycja Markowska podkreśla, że program dostarczył jej wielu różnorodnych wrażeń – od ekscytacji, poprzez zwątpienie, aż do bezsilności.

– Nie da się powiedzieć w kilku zdaniach, jak było w „Ameryce Express”. Przepiękna przygoda, przygoda życia i totalny wpierdziel. Nakładało się czasami zmęczenie, głód, bolące plecy, upokorzenie, kiedy nie było noclegu, ale z drugiej strony życie bez kalendarza, bez telefonu, bez planu – piękne. Zbliżaliśmy się do ludzi, to było cudowne – mówi Patrycja Markowska.

Na miejscu niejednokrotnie trzeba było wykazać się nie lada samozaparciem i wyjść z twarzą nawet z najbardziej ekstremalnej sytuacji. By mierzyć się z wyzwaniami, piosenkarka musiała pokonać wiele swoich słabości.

– Poznałam tam trochę siebie też z innej strony. Zobaczyłam, że lubię wyzwania, że jestem w stanie znieść więcej, niż myślałam. I to zawsze daje siłę. Po powrocie do Polski przypomniałem sobie, jak jeden z operatorów powiedział: „Patrycja, wrócisz i wszystko ci się w Warszawie będzie wydawało łatwe”. I tak rzeczywiście jest. Mam samochód, mogę gdzieś dojechać, mam co jeść, mam wygodne łóżko. Po takim programie docenia się takie rzeczy – mówi Patrycja Markowska.

Wokalistka przyznaje, że z takiego programu wynosi się lekcję na całe życie. Zmienia się punkt widzenia i sposób postrzegania wielu spraw. Ekstremalna wyprawa i związane z nią skrajne doświadczenia utwierdziły ją w przekonaniu, że człowiek jest w stanie wytrzymać wiele więcej, niż mu się wydaje.

– Zmienia się perspektywa, ponieważ zaczynamy doceniać, co mamy na co dzień w życiu. I przeklinałam tam czasem, myśląc sobie: „Jezu, już bym chciała wracać, nie dam rady”, a teraz tęsknię. I chętnie wsiadłabym w samolot i tam na jakiś czas wróciła. Trzeba obejrzeć ten program, żeby to poczuć. Chociaż i tak to będzie tylko jakiś urywek. Nie da się pokazać tego wszystkiego, co tam przeżyliśmy – mówi Patrycja Markowska.

Po powrocie z Ameryki Południowej piosenkarka chce skupić się na swoich zawodowych obowiązkach.

– Moje najbardziej ekstremalne, najbliższe przeżycie to wydanie singla. To zawsze jest niewiadoma, bo stoi za tym kilkumiesięczna praca nad jedną piosenką. Dawno nie miałam tak radosnej i energetycznej piosenki i to jest w najbliższych planach – nowy singiel. Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że ludzie ciepło go przyjmą – mówi.

W wyprawie Patrycji Markowskiej towarzyszyła Żaneta Lubera, jej podopieczna z „The Voice of Poland”. Nowy sezon „Ameryki Express” będzie można oglądać na antenie TVN od 4 marca.
Newseria





czwartek, 13 lutego 2020

Nowy Olympus OM-D E-M1 Mark III - lekki i wytrzymały aparat


Kompaktowy, lekki, wytrzymały nawet w ekstremalnych warunkach. Taki jest nowy aparat Olympus OM-D E-M1. Sprawdzi się zarówno dla zaawansowanych fanów dzikiej przyrody, jak i vlogerów. 


Olympus. Fot. Newseria.


Nowy OM-D E-M1 Mark III z baterią i kartą pamięci SD waży zaledwie 580 gram, co w połączeniu z niewielkimi gabarytami (szerokość 134,1 mm x wysokość 90,9 mm x głębokość 68,9 mm) sprawia, że zmieści się w kieszeni. Korpus wykonano ze stopu magnezu, dzięki czemu aparat jest jednocześnie lekki i wytrzymały. Dodatkowe uszczelnienia zapewniają natomiast odporność na pył, zachlapania oraz mróz, więc sprzęt sprawdzi się w każdych warunkach. Nie bez znaczenia jest także oszczędność czasu, którą zapewnia wytrzymała bateria. Dzięki niej czas ładowania poprzez USB wynosi zaledwie 2 godziny. Można zrobić to również za pomocą powerbanku, by fotografować jeszcze dłużej.

Równie imponujące są parametry wewnętrzne. Najlepsza na świecie stabilizacja obrazu umożliwia fotografowanie z ręki w każdych warunkach. Ulepszony algorytm AF umożliwia niezwykle precyzyjne ustawienie ostrości nawet na najmniejszych gwiazdach, z kolei Pro Capture pozwala sfotografować trudne do uchwycenia momenty – np. chwilę, w której ptak wzbija się do lotu. Dzięki temu, mimo naturalnego opóźnienia reakcji fotografa, uda się zarejestrować obrazy obserwowane przed wciśnięciem spustu migawki do końca. Co więcej, ustawienie ostrości na szybko poruszającym się obiekcie jest teraz jeszcze łatwiejsze. To wszystko z pewnością ucieszy nie tylko fanów dzikiej przyrody.

Nowy procesor obrazu TruePic IX oraz udoskonalony algorytm AF jeszcze skuteczniej wykrywają nawet słabo widoczne twarze i oczy, również w sytuacjach, w których do tej pory było to praktycznie niemożliwe – np. kiedy widoczny jest profil fotografowanej osoby. Priorytet twarzy i oka można włączyć i wyłączyć jednym przyciskiem.

Warto dodać, że stabilizator obrazu w nowym aparacie Olympus został zaprojektowany przede wszystkim z myślą o filmowaniu w rozdzielczości 4K i C4K, co może ucieszyć nawet najbardziej wymagających vlogerów i podróżników. Docenią oni możliwości 5-osiowej i elektronicznej stabilizacji, dzięki której uzyskają profesjonalny materiał, bez konieczności używania statywu. Z kolei połączenie rejestratora Olympus LS-P4 z zewnętrznym mikrofonem to gwarancja najwyższej jakości dźwięku w plikach wideo. Aparat. OM-D E-M1 Mark III docenią ci, którzy chcą nagrywać dobrej jakości wideo z dźwiękiem.
Newseria



Opracowano pierwsze przenośne urządzenie z interfejsem mózg–komputer. Pomoże m.in. w sterowaniu telewizorem i samochodem


Na rynku są już dostępne interfejsy mózg-komputer, które pozwalają kontrolować roboty przy użyciu samych myśli.




Naukowcy opracowali bezprzewodowy i przenośny interfejs tego typu, który wykorzystuje algorytm głębokiego uczenia się do sterowania wózkiem inwalidzkim. Francuski start-up wprowadza zaś na rynek pierwsze urządzenie do noszenia z interfejsem mózg–komputer, które zapewnia kontrolę w czasie rzeczywistym. Może ono zrewolucjonizować branżę rozrywkową, pomóc w obsłudze telewizora czy samochodu.

"NextMind to elektronika do noszenia, której głównym zadaniem jest umożliwienie użytkownikowi kontrolowanie danego urządzenia lub komputera za pomocą mózgu" – mówi Sune Alstrup ze start-upu NextMind. – "Wcześniej nie mieliśmy dostępu do interfejsu mózg–komputer bez ogromnego zestawu okularów ani kontroli nad urządzeniem w czasie rzeczywistym. To pierwsze takie urządzenie do noszenia z interfejsem tego typu, które zapewnia kontrolę interfejsu w czasie rzeczywistym.

NextMind opracował interfejs mózg–komputer (BCI), który tłumaczy sygnały z kory wzrokowej na polecenia cyfrowe. To elektroencefalogram do noszenia – osiem elektrod przyczepionych do tylnej części głowy za pomocą prostego paska na czoło odbiera fale mózgowe z kory wzrokowej. Aby korzystać z urządzenia, użytkownik musi skoncentrować się na określonym obiekcie. Dzięki reakcji w korze wzrokowej generowane są wzorce fal mózgowych do odczytu maszynowego. Taki neurosynchronizm jest następnie wykorzystywany do przełożenia uwagi wzrokowej na polecenia komputera. W przyszłości, jak zapowiadają twórcy, urządzenie ma działać nawet przy zamkniętych oczach.

"Interfejs może być wykorzystywany w samochodzie, można także zmieniać kanały telewizyjne lub kontrolować za pomocą mózgu różne opcje w komputerze. Można sobie również wyobrazić grę, i to w dość niedalekiej przyszłości. Zestaw może mieć wbudowany czytnik, co pozwala zagrać w grę w wirtualnej rzeczywistości za pomocą mózgu, bez użycia rąk czy głosu, z wykorzystaniem do tego różnych metod obsługi jednocześnie. Używamy więc razem umysłu, głosu i gestów" – tłumaczy Sune Alstrup.

Urządzenie umożliwia przełączanie kanałów telewizyjnych za pomocą umysłu, zmianę dźwięku czy wydawanie poleceń podczas gier. NextMind opracował też aplikację dla okularów rzeczywistości rozszerzonej. Wykorzystuje śledzenie wzroku, gesty i mowę w celu uzupełnienia sygnałów mózgowych.

"Będzie ono dostępne już niedługo, bo w drugim kwartale tego roku, za 399 dol. Jeśli ktoś posiada zestaw Oculus, będzie mógł tworzyć własną grę za pośrednictwem umysłu. To bardzo niedaleka przyszłość" – przekonuje Sune Alstrup. 


Na rynku są już dostępne interfejsy mózg-komputer, które pozwalają kontrolować roboty przy użyciu samych myśli.


Interfejsy mózg–komputer pozwalają na coraz więcej. Ctrl-labs, nowojorski start-up, rozwija opaskę na rękę, która tłumaczy sygnały mięśniowo-mózgowe na polecenia interpretowane maszynowo. We wrześniu 2019 roku firmę przejął Facebook. Zespół naukowców z Carnegie Mellon University, we współpracy z University of Minnesota, korzystając z nieinwazyjnego interfejsu tego typu, opracował pierwsze w historii sterowane umysłem ramię robota. Dotychczas kontrola była możliwa tylko dzięki implantom. W przyszłości interfejs mózg–komputer mógłby zastąpić uwierzytelnianie za pomocą tradycyjnych haseł.

"Przez następne lata będziemy obserwować, jak technologia zmienia swoje zastosowania, zaczynając od sterowania telewizorem, a kończąc na byciu nieodłączną częścią naszej interakcji z urządzeniami" – ocenia Sune Alstrup. – "Sądzimy, że urządzeń z wbudowanym interfejsem będzie coraz więcej. Klienci będą potrzebowali różnych sposobów interakcji z takimi urządzeniami i będzie to możliwe dzięki interfejsowi mózg–komputer".
Newseria


Monika Zamachowska: "Odnalezienie równowagi jest kluczowe, żeby nie popełniać błędów i nie zachowywać się histerycznie"


Prezenterka Monika Zamachowska pozbywa się stresu i znajduje wytchnienie od codziennego tempa życia w spa. Zabiegi pielęgnacyjne, pływanie czy ulubiona sauna pozwalają jej ciału i duszy wrócić do równowagi, dzięki czemu nawet krótki pobyt w takim ośrodku dodaje jej energii i sił witalnych. Dziennikarka tłumaczy, że takie oderwanie się od rzeczywistości jest jej potrzebne zwłaszcza w przełomowych momentach, kiedy musi podejmować kluczowe decyzje.




Prezenterka przyznaje, że jeśli tylko ma wolną chwilę, wyjeżdża do spa. To dla niej najlepsza forma relaksu. Wszelkie zabiegi pomagają jej zregenerować organizm i przywrócić go do stanu równowagi.

– Ja wierzę w spa, „sanus per aquam”, czyli zdrowienia przez wodę, i jestem ogromną wielbicielką zarówno pływania, jak i przebywania w saunie. Uwielbiam na przykład hammam, czyli mokrą saunę. Lepiej mi się medytuje, myśli o kontakcie z samą z sobą, podsumowuje pewne sytuacje – mówi Monika Zamachowska.

Prezenterka lubi czasem podarować sobie chwilę luksusu i pobyć sama ze sobą. W ten sposób zbiera myśli, planuje kolejne aktywności i odpoczywa.

– Zresztą całe nasze życie to jest poszukiwanie równowagi, a w momentach granicznych, w których coś się kończy i, mamy nadzieję, coś zaczyna, odnalezienie właściwej równowagi jest kluczowe, żeby nie popełniać błędów i nie zachowywać się histerycznie, bo ludzie tego nie lubią. Nie lubimy mieć do czynienia z kimś niezrównoważonym psychicznie, więc ciągłe poszukiwanie tego mi towarzyszy, a może szczególnie teraz – mówi Monika Zamachowska.

Po zwolnieniu z „Pytania na śniadanie” dziennikarka nie próżnuje. Jest w trakcie pisania doktoratu na SWPS-ie. Została również ambasadorką projektu edukacyjnego.

– Mam fajny projekt, który nazywa się Aria on Screen. Promuje opery w kinie, to jest coś nowego, co się w moim życiu dzieje – mówi Monika Zamachowska.

Przyznaje, że znaczną część czasu zajmuje jej również prowadzenie domu i opieka nad bliskimi.

– Mam na wychowaniu dwoje nastolatków, którzy sprawiają, że się nie nudzę na co dzień, i męża, którym trzeba się trochę opiekować, nie tylko z przyczyn zdrowotnych, ale też dlatego, że jest wielkim artystą i potrzebuje tzw. obsługi w szeroko pojętym tego słowa znaczeniu. Trochę mi to zajmuje czasu i energii, ale mam wrażenie, że jestem na takim etapie życia, kiedy jest mi potrzebne skupienie się na rzeczach ważnych i dowiedzenie się, o co by mi w życiu chodziło – mówi Monika Zamachowska.
Newseria





Andrzej Nejman: "Kiedy zaczynałem być dyrektorem Teatru Kwadrat, to on właściwie się rozpadał, a aktorzy nie mieli gdzie grać"


Andrzej Nejman od lipca 2010 roku kieruje Teatrem Kwadrat. Mówi, że gdy zaczynał pełnić funkcję dyrektora, instytucja znajdowała się w złym stanie finansowym i jej przyszłość była niepewna. W ciągu ostatnich 10 lat teatr ewoluował, zażegnał kryzys i zyskał miano jednego z najpopularniejszych w Warszawie. Nejman przyznaje, że wprowadzanie zmian i ulepszeń to wieloetapowy proces, który właściwie nigdy się nie kończy. 




Zanim aktor zaczął sprawować funkcję dyrektora, grał w zespole Teatru Kwadrat od kilkunastu lat. Dzięki temu doskonale znał potrzeby tej instytucji i wiedział o hamujących rozwój problemach.

"Kiedy przejmowałem stery po dyrektorze Edmundzie Karwańskim, teatr właściwie się rozpadał. Zespół nie miał gdzie grać i wszystko wskazywało, że teatr przestanie istnieć. Teraz spotykamy się w miejscu odremontowanym, nowym, z fantastyczną sceną i niesamowitą widownią – to wszystko trzeba było stworzyć" – mówi w rozmowie Andrzej Nejman.

Doprowadzenie instytucji do stanu, w którym znajduje się obecnie, nie było prostym zadaniem. Wręcz przeciwnie, Nejman wyznaje, że wymagało ono ogromnego zaangażowania i całkowitego oddania. Ciężka praca przyniosła jednak oczekiwane rezultaty.

"Czas tworzenia był nieprawdopodobnie trudny, ale jednocześnie fantastyczny. Zawsze jest tak, że gdy człowiekowi wychodzi to, co sobie zamierzył, to efekty pracy sprawiają radość. Bez względu na to, jakie w trakcie ponosi konsekwencje" – tłumaczy.

Obecnie Teatr Kwadrat poddawany jest ciągłym modernizacjom, dzięki którym coraz lepiej funkcjonuje. Dyrektor wyznaje, że w niedalekiej przyszłości rozpoczną się remonty budowlane. Unowocześnienia obejmą głównie dział techniczny. Poprawią komfort i jakość pracy.

"Mamy rozmaite plany, na razie głównie budowlane. Właśnie wykańczamy nowe magazyny, będziemy również rozbudowywać przestrzenie, które tego wymagają. Trzeba pamiętać, że teatr to nie tylko scena. Przejęliśmy dawne kino, w związku z czym nie było tu żadnego zaplecza socjalnego, wszystko trzeba tworzyć na bieżąco" – zwraca uwagę dyrektor Teatru Kwadrat.

W repertuarze teatru dominują spektakle komediowe. Andrzej Nejman zaznacza jednak, że plany rozwoju artystycznego zakładają zwiększenie liczby dramatów. Te już niedługo będzie można oglądać na scenie kameralnej.

"Chcemy cały czas wypełniać treścią scenę kameralną, na której nie wystawiamy jedynie komedii i fars. Robimy również rzeczy poważniejsze i chcemy się na tym skupić" – dodaje.
Newseria





Nowoczesne akumulatory zastąpią nawet tysiąc zwykłych baterii. Pełne ładowanie zajmie dwie godziny


Tylko w Stanach Zjednoczonych co roku wyrzuca się 3 mld baterii rocznie. Inne badania szacują, że przeciętne gospodarstwo domowe zużywa blisko 50 baterii każdego roku. Pojawiają się więc pierwsze ekologiczne baterie, bez szkodliwych substancji, litu i ołowiu. Innym rozwiązaniem mogą być akumulatory. Wprowadzone na rynek akumulatory AA i AAA Tenavolts mają stałą moc 1,5 V, a jeden akumulator zastępuje nawet tysiąc zwykłych baterii alkalicznych.




"Wiele urządzeń ma obecnie wbudowane baterie litowe, jednak nadal liczna grupa urządzeń jest zasilanych jednorazowymi bateriami alkalicznymi. Postawiliśmy sobie za cel wprowadzenie nowoczesnych akumulatorów litowych na rynek baterii do użytku domowego" – mówi Lei Dong z Fujian Nanping Nanfu Battery.

Baterie litowo-jonowe wciąż jeszcze dominują na rynku, a ich użycie wzrasta. Tymczasem są one szkodliwe dla środowiska. Dlatego też na rynku baterie coraz częściej są zastępowane przez akumulatory, także te ładowane przez światło słoneczne czy wiatr.

"Zaprojektowaliśmy akumulator Tenavolts AA i AAA. Każdy z nich zapewnia stałe napięcie 1,5 V, co oznacza dla konsumenta jednakowe działanie w każdym z cykli ładowania, niezależnie od tego, ile razy korzystano z akumulatora czy ile pojemności pozostało. Każdego akumulatora Tenavolts można użyć 1000 razy, a jego pełne naładowanie zajmuje mniej niż 2 godziny" – przekonuje Lei Dong.

Na rynku można już kupić także akumulatory litowe AA, które są powszechnie stosowane w urządzeniach gospodarstwa domowego. Dodatkowo akumulatory zawierają specjalną płytkę, która chroni przed przepięciem i przegrzaniem, a innowacyjny sterownik zapobiega ewentualnemu zwarciu.

"Innowacje nie ograniczają się do samych akumulatorów. Zaprojektowaliśmy również specjalną ładowarkę na USB, użytkownik może więc ładować akumulatory w dowolnym miejscu, korzystając z powerbanka" – dodaje Lei Dong.

Naukowcy z University of Illinois w Chicago wykazali, że akumulatory litowe węgla można zaprojektować tak, aby działały w pełni ładowalny sposób. Tym samym będzie można stworzyć pierwszą neutralną pod względem emisji dwutlenku węgla litową baterię o znacznie większej wydajności. IBM z kolei ogłosił, że jego dział badań opracował nowy rodzaj baterii, wykonany z nigdy wcześniej nieużywanych komponentów, które mogą być wydobyte z wody morskiej. Badacze z MIT opracowali zaś baterię, która może pochłaniać z powietrza dwutlenek węgla. 


Na rynku pojawiły się akumulatory litowe AA, które są powszechnie stosowane w urządzeniach gospodarstwa domowego.


Rynek zmierza więc do ograniczania wpływu baterii na środowisko.

"Wiele osób nadal korzysta z baterii jednorazowych. Chcemy uświadomić im, że czas zmienić je na technologię akumulatorów litowych, zwłaszcza w urządzeniach, z których korzystają najczęściej. Tymczasem każdy akumulator Tenavolts równa się 1000 baterii jednorazowych. Wyobraźmy sobie, ile czasu i pieniędzy można dzięki temu zaoszczędzić. Dzięki tak dużej wydajności koszty będą znacznie ograniczone, ponieważ kupowanie kolejnych baterii okaże się zbędne" – tłumaczy Lei Dong.

Tymczasem rynek baterii litowo-jonowych wciąż się rozwija. Według analityków firmy Fior Markets będzie się on rozwijał w najbliższych latach w tempie ponad 19 proc. średniorocznie, by w 2025 roku osiągnąć wartość blisko 108 mld dol.
Newseria



wtorek, 11 lutego 2020

Arkadiusz Jakubik o kryzysie wieku średniego


Arkadiusz Jakubik: "Do założenia zespołu muzycznego przyczynił się mój kryzys wieku średniego. Nasze próby to był rodzaj kanapy psychoterapeutycznej". 



Aktor wspomina, że pierwszy koncert zespołu Dr Misio, którego jest wokalistą, był kompletną porażką pod każdym względem. Jednak choć muzycy grali nierówno, a on fałszował, to publiczność była zachwycona. Co więcej, zostali wręcz zmuszeni, by powtórzyć cały repertuar od początku. I znów nie brakowało wpadek, ale odbiór był jeszcze bardziej entuzjastyczny. Artysta nie ukrywa, że u źródeł decyzji, żeby założyć zespół, była frustracja związana z kryzysem wieku średniego.

Nie ulega wątpliwości, że Arkadiusz Jakubik jest człowiekiem wielu talentów. Sukcesy aktorskie, a także możliwość realizowania się po drugiej stronie kamery – na fotelu reżysera, nie zaspokoiły jeszcze jego ambicji. Postanowił więc spróbować swoich sił na płaszczyźnie muzycznej. W 2008 roku wraz z gitarzystą Pawłem Derentowiczem i basistą Mariuszem Matyskiem założył zespół Dr Misio, do którego dwa lata później dołączyli klawiszowiec Radosław Kupis oraz perkusista Janek Prościński. Frontman nie ukrywa, że poświęcenie większej uwagi muzyce i praca nad kolejnymi utworami od kilkunastu lat są dla niego znakomitą terapią. W ten sposób „przerabia” swoje strachy i traumy.

– Trochę było w tym wszystkim winy kryzysu wieku średniego, który oczywiście również mnie dopadł w okolicach czterdziestki. Pamiętam, że zaczęliśmy próby w garażu u perkusisty. I te próby to z jednej strony była jedna wielka zabawa, a z drugiej strony jakiś rodzaj kanapy psychoterapeutycznej. Wtedy te wszystkie niefajne rzeczy, które siedziały mi w środku, mogłem z siebie wyrzucić i wykrzyczeć – mówi Arkadiusz Jakubik, aktor, wokalista zespołu Dr Misio.

I tak powstał zespół, w którym rockowe melodie spotykały się z tekstami Krzysztofa Vargi i Marcina Świetlickiego. Jakubik wspomina pierwszy koncert, który odbył się w Centralnym Domu Qultury na ulicy Burakowskiej w Warszawie.

– Zrobiliśmy taki koncert dla naszych znajomych, przyjaciół, rodzin. To był straszny koncert, bo niestety znalazłem go po paru latach na jakimś telefonie, na starej nokii, i załamałem ręce, ale śmiałem się strasznie, bo nic się tam nie zgadzało. Graliśmy nierówno, ja strasznie fałszowałem, natomiast publiczność razem z nami bawiła się fantastycznie. Pamiętam, że mieliśmy przygotowanych osiem kawałków, no i zagraliśmy wszystkie, a publiczność chciała, żebyśmy dalej grali. A my powiedzieliśmy, że nie mamy więcej piosenek, no i zagraliśmy jeszcze raz cały koncert od samego początku, tak samo nierówno – mówi Arkadiusz Jakubik.

Mimo wszystko artyści złapali wiatr w żagle i nie zakończyli swej działalności na jednym koncercie. Entuzjastyczne przyjęcie zmotywowało ich do dalszej pracy.

– To był ten moment, że odważyliśmy się po raz pierwszy wystąpić publicznie. Po tym się jakoś zaczęło i podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią – mówi Arkadiusz Jakubik.

Nazwa zespołu Dr Misio pochodzi od tekstu pisarza i publicysty „Gazety Wyborczej”, Krzysztofa Vargi, który traktował o schizoidalnej naturze człowieka. Pierwszy album tej formacji ukazał się w 2013 roku i był zatytułowany „Młodzi”. 
Newseria






Paweł Małaszyński o aktorstwie


Specyfika zawodu aktora polega na ciągłej niepewności. Czasami zdarzają się intensywne okresy, w których kalendarz jest przepełniony. Innym razem o pracę nie jest łatwo. Paweł Małaszyński obecnie skupia się głównie na działalności teatralnej. Jednak przyznaje, że gdyby dostał ofertę ciekawej roli w filmie czy serialu, to by z niej skorzystał.




Aktora można obecnie oglądać na deskach warszawskiego Teatru Kwadrat. Gra tam między innymi w sztuce „Nie książka zdobi człowieka”, która swoją premierę miała na początku lutego. Ponadto stale koncertuje ze swoim zespołem Cochise. 

"Obecnie egzystuję głównie w przestrzeni teatralnej. Jednak jeśli pojawią się jakieś ciekawe propozycje, to bardzo chętnie z nich skorzystam. Pracuję cały czas w swoim zawodzie, koncertuję również ze swoim zespołem na tyle, na ile pozwala nam czas. Zawód aktora charakteryzuje się tym, że czasami jesteś bardziej intensywnie, a czasami cię nie ma, i trzeba być tego świadomym" – mówi Lifestyle Paweł Małaszyński. 

Aktor dużą popularność zawdzięcza między innymi głównej roli w serialu telewizyjnym „Magda M.”, który jakiś czas temu bił rekordy popularności. Małaszyński zagrał także w wielu polskich filmach pełnometrażowych, takich jak „Katyń” czy „Skrzydlate świnie”. Tłumaczy, że gdy decyduje się wziąć udział w nowym projekcie, zwraca uwagę głównie na scenariusz. Doświadczenie pomaga mu w podejmowaniu decyzji. 

"Nigdy nie miałem marzeń dotyczących ról, które chciałbym zagrać. Zawsze liczyły się dla mnie głównie historia i bohater. Wiem natomiast, jakich rzeczy nie chciałbym już grać. Przez te 20 lat nauczyłem się, że do pewnych rzek nie wchodzi się dwa razy" – tłumaczy. 

Ostatnimi czasy Paweł Małaszyński na swoich social mediach publikuje wiele zdjęć z treningów. Tłumaczy, że zmiana trybu życia nie jest podyktowana przygotowaniami do nowej roli. Aktor częściej niż kiedyś uprawia sport, ponieważ to sprawia mu przyjemność i pozwala utrzymać dobrą kondycję fizyczną.  

"Chciałem się wziąć za siebie. Zacząłem inaczej patrzeć na życie i swój rozwój. Mam już 44 lata, nie jestem 20-latkiem. Pomyślałem, że trzeba znaleźć czas, żeby zadbać o siebie i o swoje zdrowie. To jest dla mnie najważniejsze" – dodaje.
Newseria







czwartek, 9 stycznia 2020

LinkedIn - Jak stworzyć i prowadzić profesjonalne konto


LinkedIn - Strategia w mediach społecznościowych.
Jak założyć i prowadzić w sposób profesjonalny konto na LinkedIn?
Co i jak publikować? 










poniedziałek, 18 listopada 2019

Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji


Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji, co z kolei przekłada się na lojalność wobec marki.



Aby przyciągnąć pracowników, nie wystarczy tworzyć miejsc pracy, ale trzeba zadbać o doświadczenia kandydatów i traktować ich jak klientów – przekonuje Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”. Budowa pozytywnego candidate experience może stanowić o przewadze konkurencyjnej firmy. Brak komunikacji z rekruterem czy niepodawanie istotnych dla kandydata informacji w ogłoszeniu o pracę może zniechęcić do marki. Tymczasem firma, która dba o pracowników podczas rekrutacji, sama tworzy ambasadorów marki.

– Sam fakt tworzenia miejsc pracy to dzisiaj zdecydowanie za mało, trzeba zastanowić się, co zrobić, żeby kandydaci chcieli pracować właśnie w tej organizacji. Pierwsza rzecz, którą należy zrobić obowiązkowo, to rachunek sumienia i zastanowienie się, czy rzeczywiście w takim procesie rekrutacyjnym kandydat zechce wziąć udział – mówi Maja Gojtowska.

Raport eRecruiter „Candidate experience w Polsce” wskazuje, że blisko 80 proc. pracodawców podczas rekrutacji stara się, by kandydat poznał bezpośredniego przełożonego, 75 proc. rzetelnie przedstawia warunki zatrudnienia, a 64 proc. deklaruje, że stosuje prosty proces rekrutacji. Ciągły kontakt z kandydatem i możliwość bezpośredniej komunikacji z rekruterem zapewnia 60 proc. pracodawców, jednak tylko 43 proc. informuje kandydatów o powodach niezakwalifikowania się, co trzeci powiadamia o zakończeniu rekrutacji, a 13 proc. podaje w ogłoszeniu informacje o zarobkach. Tymczasem zdecydowana większość kandydatów oczekuje rzetelnego przedstawienia warunków pracy, informacji o zarobkach i powodach niezakwalifikowania się do dalszego etapu.

– Z taką uwagą, z jaką traktujemy klientów, powinniśmy traktować naszych kandydatów i pracowników – przekonuje Maja Gojtowska. – Nowa osoba do pracy to klient, pracownik, osoba, która może zarekomendować nowych pracowników. Pamiętajmy, że dobre słowo pracownika na temat swojego aktualnego pracodawcy to papierek lakmusowy i zachęta dla innych osób do podjęcia pracy w danej firmie.

Blisko 60 proc. pracodawców deklaruje, że dba o doświadczenia kandydatów na co dzień, a 48 proc. ma wdrożony standard zachowań. Zaledwie 24 proc. prowadzi regularne wewnętrzne działania w zakresie dbania o doświadczenia kandydatów, a 16 proc. przynajmniej raz w roku pyta kandydatów o opinię.

– Z perspektywy budowy doświadczeń kandydata bardzo ważne jest również badanie doświadczeń kandydatów w procesach rekrutacyjnych. Tylko pytając kandydata na koniec procesu, jak ocenia ten proces i swoje doświadczenia, czy byłby skłonny zarekomendować innym swoim znajomym udział w procesie rekrutacyjnym właśnie w naszej firmie, jest bezcenną informacją, która pozwoli nam na koniec dnia wprowadzić konkretne zmiany w procesach rekrutacyjnych – ocenia ekspertka.

Udzielanie informacji zwrotnej ze wskazaniem powodów odrzucenia stanowi wyzwanie dla rekruterów. Tymczasem informację o odrzuceniu lub przejściu do kolejnego etapu rekrutacji wszystkim aplikującym osobom przekazuje zaledwie 13 proc. pracodawców, blisko połowa zaś (47 proc.) wszystkim, którzy wzięli udział w minimum jednym spotkaniu rekrutacyjnym, a 14 proc. – tylko wybranym kandydatom.

– Paradoksalnie to nie samo niezatrudnienie kandydata jest problemem, ale sposób, w jaki to zostało mu zakomunikowane albo czy w ogóle on o tym wie, że nie został zatrudniony. Jeśli kandydat nie zostaje zatrudniony, ale w sposób merytoryczny zostaje mu przekazana informacja zwrotna, z czego ta decyzja wynika i co może zrobić, żeby w przyszłości ponownie aplikować na stanowisko w tej firmie, to może stać się on ambasadorem marki pracodawcy na rynku. Problem zaczyna się wtedy, kiedy odrzucamy kandydata i zostawiamy go z niczym – podkreśla Maja Gojtowska.

Pracodawcy coraz częściej podejmują dodatkowe działania w celu poprawy doświadczeń kandydatów. Chęć poprawy wizerunku wskazuje 68 proc. firm, nieco mniej jako powód podaje dbanie o doświadczenia kandydatów jako klientów. Ponad połowa chce w ten sposób zwiększyć liczbę poleceń od kandydatów.

– Firmy mogą skorzystać z tzw. synergii marek, czyli wykorzystać dobre konotacje konsumentów z markami produktowymi czy usługowymi i przełożyć je na budowę doświadczeń kandydatów w procesie rekrutacyjnym. Jeśli ta obietnica marki produktowej będzie spójna z tą obietnicą, którą składamy kandydatowi w procesie rekrutacyjnym, to potem doświadczenia zatrudnionej osoby będą tylko potwierdzeniem, że firma sama tworzy prawdziwych ambasadorów – mówi Maja Gojtowska.
Newseria


Zwiększa się liczba osób pracujących jako freelancerzy


Coraz większa liczba osób pracuje jako freelancerzy. Niejednokrotnie taki model pracy wybierany jest świadomie i dobrowolnie.



Choć w Polsce przywiązanie do etatu wciąż jest wysokie w porównaniu z innymi krajami, coraz częściej zwłaszcza młodzi ludzie wybierają elastyczne formy pracy. Podobnie jak na świecie w tej grupie 75–80 proc. stanowią programiści, graficy i copywriterzy. Z raportu „Freelancerzy w Polsce 2019” wynika, że choć udział wolnych strzelców w rynku pracy nie jest tak wysoki jak w USA czy Europie Zachodniej, to przybywa ich w tempie ponad 10-proc. Szybciej niż ich liczba rośnie wartość tego rynku.

W tym roku liczba wolnych strzelców na polskim rynku pracy wzrośnie według wyliczeń raportu o 12,5 proc. do poziomu 450 tysięcy. Z raportu serwisu Useme.eu wynika, że wartość rynku freelancingu w Polsce zwiększy się w tym roku o 17,5 proc. do 9,4 mld zł.

– Najbardziej opłaca się być freelancerem programistą. Branża IT to zdecydowanie najlepiej płatna branża wśród prac freelancerskich. Tutaj stawki godzinowe szacowane są na 100–150 zł, ale najlepsi programiści potrafią zarabiać nawet 200–250 zł za godzinę – mówi Przemysław Głośny, prezes serwisu pracy zdalnej Useme.eu. – Wśród freelancerów popularne są też wszystkie prace związane z designem, grafiką. Tu stawki wynoszą od 50 do 100 zł. Trochę mniej płatne, ale w dalszym ciągu całkiem nieźle, są prace związane z tłumaczeniami czy specjalistycznym pisaniem tekstów.

Osoby utrzymujące się tylko z tej formy zarobkowania, stanowią niespełna połowę osób korzystających z tego modelu pracy. Więcej niż co dziesiąty badany w 2019 (10,6 proc.) planował porzucić umowę o pracę na rzecz freelancingu. Co szósty badany (17 proc.) pracował jako wolny strzelec, będąc studentem (14 proc.) lub uczniem przed maturą (3 proc.).

– Koszty, które ponosi freelancer, zwykle nie są wysokie. Według naszych badań 90 proc. freelancerów pracuje we własnym domu, w związku z tym żadnych większych kosztów z utrzymaniem miejsca pracy w zasadzie nie ma, poza internetem czy telefonem – mówi Przemysław Głośny. – Największym kosztem jest chyba zdobycie wiedzy na samym początku.

Raport „Freelancerzy w Polsce 2019” został przygotowany w oparciu o badanie przeprowadzone metodą CAWI, w którym wzięło udział 1 224 freelancerów w pierwszym kwartale br. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia (51,5 proc.), pochodzące z dużych (38 proc.) i średnich miast (21,7 proc.). W bieżącym roku odpowiedzi udzieliło niemal tyle samo kobiet co mężczyzn (odpowiednio 50,4 proc. i 49,6 proc.).

– Drugą największą grupą są 35–44-latkowie, czyli łącznie przedział wiekowy 25–44 to jest 3/4 freelancerów pracujących w Polsce. Z jednej strony to są ludzie już po szkołach, często pracujący wcześniej na etacie w jakiejś firmie, ale zdali sobie sprawę z tego, że wolą pracować na własny rachunek – tłumaczy prezes Useme.eu. – Największym plusem bycia freelancerem jest elastyczność czasu i miejsca pracy. Kolejnym aspektem będzie też możliwość doboru klientów. Jednak pracując na własny rachunek, można w jakiś sposób wpływać na to, z kim i dla kogo się pracuje.

Z badań wynika także, że rośnie liczba osób, które wykazują się coraz dłuższym stażem pracy jako freelancerzy, potrafiący się z tej pracy utrzymać. W 2018 roku 14 proc. badanych zastanawiało się nad rezygnacją z etatu na rzecz pracy na własny rachunek, a 10 proc. rozważało przeciwny ruch. Ten system pracy daje bowiem swobodę, ale wymaga też samodyscypliny.

– Większość freelancerów pozyskuje swoich klientów poprzez rekomendacje od swoich klientów. W związku z tym z natury rzeczy osoby, które są systematyczne i pracowite, mają większe szanse na pozyskanie nowych zleceń – podsumowuje Przemysław Głośny. – Następna rzecz, która jest istotna, to chęć rozwijania się. Mówimy o branżach, w których nieustannie wiele rzeczy się zmienia, więc trzeba być na bieżąco z nowinkami technicznymi.
Newseria



Patriotyczne koszulki i gadżety

Patriotyczne koszulki i gadżety
Patriotyczne koszulki i gadżety